Ino z dwóch koncertów zdam w tym wpisie relacje, słowną i fotograficzną. Ino dla www.brzeg24.net pisałem, niech mają!
Apetyt rośnie w miarę jedzenia i przez ten swoisty żołądek do serca płynęły dźwięki podczas koncertu jazzowego kwartetu Real Quartet, w sobotę od godziny ok. 19:30 w Semaforze przy ul. Towarowej.
Jazz, który rozpływa się w uszach, upaja mnogością dźwięków, syci kaloriami brzmień i wreszcie Jazz, stawiający wysoko poprzeczkę przed muzykami, którzy już dziś zawitają na deskach Brzeskiego Centrum Kultury w ramach Jazzu nad Odrą, to Jazz, który zaprezentował brzeżanom kwartet jazzowy w składzie: Paweł Klin – Gitara, Tomasz Wendt – saksofon, Mateusz Maniak – perkusja, Mateusz Dwornik – Kontrabas, czyli po prostu Real Quartet.
Młodzi i utalentowani muzycy zgrali współczesny jazz w autorskim wykonaniu. Wśród zagranych utworów znalazły się zarówno kompozycje Pawła Klina i Tomasza Wendta, ale również nie zabrakło klasyki spod znaku takich ikon jazzowych jak: Miles Davis, Wayne Shorter czy John Scofield.
Kiedy pełen radości i zarazem spokoju przybyłem na koncert Real Quartet, moje myśli spoczęły na otwierającej film Playing by hearts (Gra w serca) – scenie. Film ten – co warto wspomnieć – finezją i różnorodnością w traktowaniu różnych odcieni miłości, może stanowić doskonałą analogię do koncertu kwartetu jazzowego, emanującego obfitością dźwięków i różnorodnością spontanicznych emocji i reakcji semaforowiczów. Oto spowita mglistą smugą niebiesko – czerwonego światła Angelina Jolie (filmowa Joan), przy akompaniamencie dryfujących dźwięków trąbki, w towarzystwie wytwornego drinka z oliwką, zwraca się do pozostającego na razie w wyobraźni widza – odbiorcy:
„Mam przyjaciela, jazzmana, gra na trąbce. Fantastyczny. Chodzę na jego koncerty co miesiąc. Gra kawałek, który uwielbiam, starą piosenkę Cheta Bakera. I mimo, że zawsze gra tak samo, za każdym razem brzmi inaczej. Poszliśmy kiedyś na drinka. Kiedy jeszcze piłam. Chciałam mu powiedzieć, jak się czułam słuchając tej piosenki. Jak podziałała na mnie muzyka, jego gra. A on tylko pokręcił głową i powiedział <<Joan, nie możesz mówić o muzyce. Mówienie o muzyce to jak taniec na temat architektury.>>”
Pierwsza cześć monologu Joan doskonale oddaje stan duszy, za każdym razem, kiedy moje uszy wypełnia Jazz spod dłoni Mateusza Dwornika, Pawła Klina czy Mateusza Maniaka oraz towarzyszącym im muzykom. Tym razem nie tylko towarzystwo Tomasza Wendta spowodowały rumieńce w odbiorze, ale fakt, że muzycy po raz kolejny, nawet grając charakterystyczne dla nich utwory zabrzmieli świeżo. Dodatkowo pozwolę sobie również na próbę rozbudzenia ciekawości poprzez przypomnienie, że zaledwie rok temu w ramach Jazz nad Odrą mieliśmy okazje gościć Adam Wendt Power Set.
Pozostałe słowa przytaczam oczywiście z nutką, a może nawet całym taktem przekory i prowokacji, gdyż po pierwsze mam zamiar spróbować tego tańca z architekturą, a pod drugie jak tu milczeć kiedy, złoty saksofon, wcale nie milczał, wręcz przeciwnie, z żywotnością godną napędu Flinstonowych pojazdów „zmechanizowanych” przemierzał wraz z kompanami, rozmaite zakątki jazzu, sięgając nawet w zakamarki dedykowane najmłodszym.
Saksofon ma w sobie tę moc, która przy trzaskach kominkowych płomieni, niczym zręczny mistrz marionetek, rozgrzane ciała uczy pływać wśród fal jedwabiu. Ten sam czart pierwszej muzycznej kategorii pogwizduje tajemniczo podczas wieczornej przechadzki na pozór niekończącą się aleją, przy akompaniamencie lustrujących świateł latarni ulicznych. Tomasz Wendt nie pozostawił wątpliwości, że na dnie jego przepony, w salonach jego płuc, czają się również figlarne pomniejsze bóstwa, które nie tylko w tkliwe i misterne duszę zaglądają, ale również wiodą prym, w jazzowej i rześkiej adaptacji Flinstonowego żywiołu, który entuzjastycznie zagościł na wewnętrznych stronach dłoni, czyniąc nadmiar oklasków wyjątkowo pożądanym.
Nie skłamię, jeśli stwierdzę, że spotkałem osoby rozkochane w muzyce, którym zdarzało się mylić wiolonczelę z kontrabasem, ale nie skłamię również jeśli nazwę Mateusza Dwornika, dzierżącego w swych dłoniach kontrabas, szafarzem brzeskiego jazzu, aby oczywiście zaraz dodać, że właśnie to pod jego nazwisko można śmiało podpiąć etykietę propagatora jazzu wśród brzeskiej społeczności. Należy również dodać, że od początku tej misji jazzowej towarzyszy mu Paweł Klin, który co ciekawe na sobotni koncert przyjechał, aż z Groningen (miasto w północnej Holandii), gdzie od niedawna szlifuje swoje umiejętności muzyczne, utwierdzając tym samym osoby zapoznane z jego kunsztem, że dobry i wartościowy muzyk zawsze ma jakieś szczyty do zdobycia.
Nie z jednego gatunku muzycznego dłonie i dusza muzyczna Mateusza czerpią, wszak poza jazzowym projektem Real Quartet, Mateusz jest również członkiem zespołu „gbTrio” grającego muzykę eksperymentalną, z pogranicza jazzu, poezji czy nawet muzyki psychodelicznej, ale również mocno progresywnego i mocno rockowego zespołu „Youma”, gdzie z powodzenie forsuje należyte w zespole progresywnym znaczenie gitary basowej.
Z niekłamaną satysfakcją muszę dodać, że nie zawiódł oczekiwań publiczności również Mateusz Maniak (perkusja), który oprócz rewelacyjnie odpowiedniego dopasowania do całości znalazł swoje 5 minut, podczas których wystukał to, co ma do powiedzenia, czyli innymi słowy spod jego dłoni wybrzmiała rasowa solówka perkusyjna, która wraz z kolejną sekundą nabrzmiewała coraz gorętszymi w oczekiwaniu, brawami.
Podobnie jak jazz obdarowuje muzykę mnóstwem dźwięków, tak William Shakespeare, uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej, obdarował literaturę mnóstwem słów. W „Kupcu weneckim” napisał:
„Ktoś, kto muzyki w samym nie ma,
Kogo nie wzrusza słodycz zgodnych dźwięków,
To człowiek zdolny do zdrady, spisków, gwałtu;
Jego wewnętrzne porywy są mroczne
Jak noc, bezdenne jak ciemność Erebu.
Takiemu nigdy nie ufaj. Słuchajmy!”
Właśnie! Słuchajmy, ale również obserwujmy, bo już dziś na deskach Brzeskiego Centrum Kultury, w ramach Jazzu nad Odrą wystąpi o godz. 18.30 Sławek Dudar & New Connection, a muzycznych rozkoszy brzeżanom nie skąpi klub Semafor niezmiennie w cenie kilku lub kilkunastu minut jakie zajmuje tam dojście, ale również Niezależny Ośrodek Kultury „Herbaciarnia”, który z kolei można określić prekursorem obdarowywania brzeżan muzycznymi ucztami.
Strony internetowe muzyków
http://www.myspace.com/pawelklin – Paweł Klin
http://www.myspace.com/mateuszmaniak – Mateusz Maniak
http://www.myspace.com/mateuszdwornik – Mateusz Dwornik
—————————————————————————————————————–
19.02.2011 r. brzeski klub Semafor, umiejscowiony przy ul. Towarowej dał zielone światło dwóm zespołom, brzeskiemu Bazzer oraz poznańskiemu Aneke.
Bez większych obsunięć ok. 20:00 na progresywno-rockowych torach stanął pośpieszny zwany „Bazzer”, a za sterami mikrofonu – „szalony” – oczywiście w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu – maszynista Arek. Okazało się, że to początek długiej, choć dla spragnionych muzycznych doznań – jak zawsze – za krótkiej, fascynującej muzycznej podróży. To bezwzględny czas można obarczyć winą za wykolejenie soczyście udźwiękowionego wieczoru, bo oto o 00:30 nastało coś, co według Wikipedii (wiem, bo sprawdziłem zaraz po powrocie do domu) nazywane jest ciszą.
Cisza taka staje się tym bardziej dotkliwsza, im bardziej czarujący żywioł, który ją poprzedza, a czaru i uroku nie można odmówić zespołowi Aneke, a w szczególności jego wokalistce Ani.
W jednym z okołokościelnych kawałów sławi się mszalne wino, jako te, które trafiając do ust księży swą – najwyraźniej transcendentną naturą – powoduje śpiew wszystkich zgromadzonych. W przeciwieństwie do pieśni kościelnych, utwory rockowe często nasycone są znacznie większą ilością tekstów, dźwięków, a przede wszystkim nieokiełznaną energią. Dla zgromadzonych „semaforowiczów” wyznacznikiem tego swoistego upojenia muzyką stały się przepełnione progresywnym metrum ruchy głową, a czasem radosne pląsy, zresztą te same, dzięki którym z pewnością poszczególne partie mięśni stały się doskonałym kilkudniowym nośnikiem pamięci o koncercie.
Czas jednak rozliczyć się z tymi, którym okoliczności nie pozwoliły przybyć tego wieczoru do klubu Semafor.
Z pewnością mają czego żałować fani Metallicy czy Pantery, których to utworami („For Whom The Bell Tolls” – Metallica oraz „This Love” – Pantera) uraczył nas zespół BAZZER, wykonując je z należytą starannością i energią. Ponadto żywiołowością i duchem hardrockowym zespół pozwolił odczuć wpływy takich kultowych zespołów jak choćby Budgie, Metal Church, AC/DC czy Iron Maiden, nie zapominając oczywiście zaserwować dawkę własnej – godnej towarzystwa wyżej wymienionych – twórczości.
Żywiołowy głos Arka przeniósł słuchaczy na prawdziwą ucztę metalową. Nie wykluczone również, że znaleźli się tacy, którzy znając Arka wcześniejsze dokonania, obfitujące w szlagiery niesione głębokim i basowym tembrem głosu, otworzyli nie tylko szeroko uszy, ale również oczy i usta, co jakby w ostatnim przypadku staję się naturalnym gestem wśród wszystkich spragnionych złocistych rozkoszy, których Semafor przybyszom nie szczędzi.
Mięsiste riffy i skoczne solówki gitarzystów, dodały występowi smaczków i pikanterii, a całość jak to zwykle bywa dopełniła gitara basowa oraz perkusja, serwując twór, który w przełożeniu na nomenklaturę kulinarną można określić jako krwisty befsztyk z sosem pieprzowym. Mniam!
Pierwsze dźwięki ANEKE przeniosły zgromadzonych w świat bardziej refleksyjny i subtelny, jednocześnie stawiając zdecydowane kroki do niesłychanie barwnego muzycznie świata progresywnego rocka.
Ciężko było się oprzeć wrażeniu, że wokalistka łączy w swoim głosie, wrażliwości i ekspresji to, co hipnotyzuje fanów Hey, Comy, Anathemy, czy nawet Cristiny Scabbia (Lacuna Coil).
Można pokusić się o stwierdzenie, że Aneke otwiera duszę dla słuchacza i ma w sobie coś, co powoduję, że słuchacz chce się odwdzięczyć tym samym. Aneke po prostu hipnotyzuje i wciąga.
Jako fan gitarowych brzmień nie mogę nie wyrazić zachwytu przestrzenią gitarową, jaką stworzył duet gitarzystów, z których każdy budował własną, ale jakże spójną z całością, przestrzeń muzyczną.
Dzięki niebanalnym solówkom gitarowym mogliśmy się przenieść w świat progresywnej magii rodem z koncertu Opeth, Pain of Salvation czy Porcupinee Tree.
Mimo, iż Aneke jest młodziutkim zespołem, ma na koncie sporo występów, wyróżnień, a ich utwory trafiały na różne składanki i płyty kompilacyjne. Na szczęście dla brzeżan udało im się również nagrać płytę promocyjną, którą forumowicze mieli okazje nabyć tuż po koncercie.
To z pewnością jeden z bardziej udanych wieczorów w Semaforze, choć ciężko nie wyrazić żalu, że tak niewiele brzeżan miało przyjemność obcować z tą przestrzenią dźwięków i uczuć.
Jednak już 26.02.2011 r. o godz. 20:00, również w klubie Semafor, ratować osłabione morale muzyczne przybędzie kwartet jazzowy „Real Quartet”, którego muzycy dali już brzeżanom szansę zasmakowania ich kunsztu jazzowego.
———————————————————————————————————————–
Aneke – poznański zespół „płci” pięknej, grający rock progresywny w całej jego rozciągłości. Jak można przeczytać na stronie zespołu „ Aneke urodziła się 1 stycznia 2010 roku”. Więcej na stronie internetowej: http://www.aneke.org/ oraz http://www.myspace.com/anekeband
Bazzer – brzeski zespół z pogranicza hard-rock oraz rock / metalu progresywnego. W swym ostatecznym kształcie „ruszył z kopyta” w okolicach czerwca 2009 r. Więcej na stronie internetowej: http://www.myspace.com/bazzerband
VN:F [1.9.8_1114]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
Marzec 2nd, 2011 by froguitar | No Comments »